elfka-lesna blog

Twój nowy blog

Panie i panowie..WRÓCIŁAM!
Na razie tylko nowy lay, bo nie mam czasu napisać, ale mam kolejne pomysły na kontynuację mojej opowieści ;)
A to wszystko dzięki Mad, która w końcu zmusiła mnie do tego, żeby znowu napisać.. Jednak to prawda. Jak raz zacznie się pisać, założy bloga..trudno przestać. O ile mi nie odłączą internetu bądź prądu lub nikt mi nie ukradnie komputera to zostane już na dłuuugo :D

Nie chce mi się pisać. Myśleć o miłości i o tym, że ktoś mógłby żyć szczęśliwie jedynie samym wspomnieniem tak cholernie bliskiej osoby.. Nie umiem przeżyć tego wszystkiego, nie czując bólu w sercu i bez Twojej twarzy cały czas przed moimi oczami. Jest za wcześnie, żeby do tego wracać, przeżywać, rozdrapywać.. Muszę pozbierać myśli, i siebie też.
Nie znam miłości. Chciałabym wiedzieć, co tak naprawdę nas łączy, ale to tak zawiłe, że nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek logicznego rozwiązania. Kocham?..
Wiem tylko, że rozstania bolą.

Mam nadzieję, że przez wakacje rany się zagoją. Dojdę do jakiś wniosków i zacznę żyć od nowa tak samo, jak kiedyś :D ale..czy ja tego chce?
To nie koniec tego bloga-tylko chwilowa przerwa. Może potrwać dwa tygodnie, dwa miesiące, albo dwa lata. Wierze, że będzie to jak najkrócej ;)
A ty, Mad.. Cicho siedź :P Dobrze wiesz, kochanie, co to brak weny.. Kocham Cię.

Przepraszam was bardzo za tą niezwykle długą przerwe, ale miałam pewne problemy z kompem *i nie tylko :(*..
W każdym razie już wróciłam, teraz spieszę się na spotkanko z przyjaciółką ;* więc napisze dłuuuuuuugaśną notke jak tylko wróce. Czyli za jakieś cztery godziny :D
Pozdrawiam i jeszcze raz sry kochani!
A zwłaszcza dla ciebie uściski, Mad :P

Poszłam tam.
Najpierw moim oczom ukazała się postać Arual, porządkująca narzędzia w kuźni. Śpiewała coś pod nosem, a jej liliowa szata powiewała lekko. Wiatr unosił kosmyki wokół jej twarzy, a kwiat lilii wpleciony w nie wzamagał jeszcze jej subtelność i koebiecość. Spojrzałam na moją szatę, która była dawno już nie prana. Żeby było mi łatwiej pracować ścięłam ją od połowy ud w dół, bo inaczej krępowała moje ruchy.. Pas, który zsunęłam na biodra też nie był już pierwszej nowości, poprzecierana skóra w niektórych miejscach ledwo się trzymała. Jednak od pracy w słońcu moja skóra była czekoladowa, a że rano wysmarowałam się olejkiem gospodyni migotała leciutko w złotych promieniach słońca. Uśmiechnęłam się cierpko i pewnym krokiem podeszłam do niej, oblizując usta.
Miała minę nieco zażenowaną i niepewną. Kiedy zobaczyła, że idę w jej kierunku cofnęła się o dwa kroki i zbladła, a młotek, który trzymała w ręce wypadł i uderzył w posadzkę z głuchym stęknięciem. Stanęłam dość blisko i odgarnęłam włosy, rozkoszując się jej rozterką.
-Cześć. -powiedziałam głośno, kiedy zobaczyłam łzę kręcącą się w jej oku. Odpowiedział mi cichy jęk, jednak udając, że go nie słyszałam, ciągnęłam dalej. -Zastałam Lahima?
Przez kilka sekund mierzyła mnie wzorkiem, a w końcu skinęła nieśmiało głową i ruchem dłoni nakazała, żebym szła za nią. Tak też zrobiłam.. Poprowadziła mnie przez ciemny korytarz, a potem w górę schodów. Stanęła przed dużym, dwuskrzydłowymi drzwiami koloru umierającego brązu i zapukała lekko.
-Lahim, do ciebie. -krzyknęła z paniką i pobiegła zostawiając mnie samą. Uśmiechnęłam się triumfująco, i wtedy otworzyły się drzwi.
Był taki.. Jak zawsze. Jak w moich snach i myślach. Marzeniach.. W ręku trzymał białą koszulę podobną do tej, którą miał na sobie przy pierwszym naszym spotkaniu. Jego odsłonięta klatka piersiowa była opalona i wyglądała na silną. Mięśnie rysowały się gładko pod brzoskwiniową skórą.. Przechwycił moje spojrzenie i zaśmiał się cicho. To rozładowało całe napięcie.. Powoli przysunęłam się do niego i rzuciłam na szyję. Pachniał rankiem i słońcem.. W głowie mi zawirowało. Po kilku minutach, które chciałam, by trwały wiecznie oderwałam się od niego, a później długo staliśmy patrząc sobie w oczy. To była jedna z tych chwil, dla której słowa są czymś za ciężkim, za banalnym i zbędnym. Przez chwilę byliśmy jednością.. Później znowu poczuła ciążenie pod stopami, a Lahim odwrócił wzrok.
-Dawno się nie widzieliśmy. -powiedziałam w końcu.
-Taak.. Ja.. -był wyraźnie zakłopotany.
-Jesteś z Arual, wiem. -musiałam się uśmiechnąć. Był tak nieporadny i dziecinny.. -Nie mam ci tego za złe. Chociaż to pokrzyżowało trochę moje plany i powody przyjazdu.
-Myślałem, że.. Ja chciałem, ale nie wiedziałem.. -jąkał się. Nakazałam mu milczenie.
Wiedziałam, że taka chwila może sie już nie powtórzyć. Szybkim ruchem przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam.. Jego usta smakowały miodem i niespełnioną obietnicą. Czułam na nich inną kobietę.. Staliśmy tak długo, połączeni pocałunkiem. Później jak we śnie odsunęłam się na bezpieczną odległość i pożegnałam.. Łzy same pociekły po policzkach, kiedy szłam po ulicy, a za mną malowała się kuźnia.

Na początku chciałam tylko coś powiedzieć od siebie, czyli autorki. Przeglądałam archiwum.. Wspominałam. Zmieniłam się, tak samo jak Adelajda.. Ten blog, mój blog ma już ponad rok. Chciałam podziękować wszystkim, którzy są ze mną od początku.. Nie wiem czy np. Lil albo Svieta jeszcze czytają moje notki :P Ale wiedzcie, że w dużej mierze to dzięki wam i reszcie czytelników ten blog jest, jaki jest. Zastanawiałam się nad zmianiami-w końcu coś trzeba zmienić.. Jak myślicie, powinnam wprowadzić sondę, w której będzie można dalej wybierać, co będzie się działo z Adelajdą? Nie wiem.. Jeśli macie jakieś dłuższe pomysły na jąkąś przygodę dla niej to piszcie-delicious-desire@wp.pl ;*
A ja wracam do opowiadania o naszej bohaterce.. :))

~~

Od jakiegoś czasu codziennie chodziłam na pewne wzgórze na północ od bram wejściowych do miasta. Nie wiem, to chyba była ta obecność wiatru, której mi brakowało. W lesie był on jakimś rodzajem mojego niemego towarzysza, który zawsze wiedział co powiedzieć. Prowadził mnie, opowiadał o lesie i reszcie świata, który zwiedzał codziennie. Dzięki niemu czułam się wolna i wiedziałam, że jest coś ponad moim istnieniem. W mieście, za grubymi murami nie było wiatru. Czasem tylko lekki powiew, który zapędził się za daleko na wschód od gór Ylap.
Więc by odnaleźć znów chociaż jakąś malutką cześć dawnej mnie, co wieczór chodziłam na to wzgórze oglądać zachód słońca i rozmawiać z wiatrem. Jego ciepły, kojący głos pełen mądrych myśli i nieustannego szukania wszelkich odpowiedzi był jedną z najprzyjemniejszych chwil mojego dnia. Czasem patrząc na chowające się za górami słońce myślałam o tym, jak kiedyś śmiałam się z ludzi i monotonni ich życia. Byłam niezależna.. Każdy mój dzień różnił się od poprzedniego. A teraz siedziałam tu, pogrążona w rutynie i bezsensonej szarości kolejnego dnia. Samotna, zraniona, odrzucona i biedna.. Czasem siedziałam i śmiałam się z własnej bezsilności, zaś innym razem płakałam słonymi łzami. Coraz częściej uciekałam do marzeń.. Kirk za to ożywał z dnia na dzień. Mieszanie w mieście wyraźnie mu służyło, o czym świadczyły zarumienione policzki i uśmiech na twarzy, który nie schodził z niej ani na chwilę w ciągu dnia.
Od jakiegoś czasu codziennie sni mi się pewna twarz. Twarz młodego chłopaka o tak kruczoczarnych włosach, że wydają mi się aż granatowe. Patrzę w jego twarz, na soczyście czerwone usta, kształtny nos i oczy, tak piękne, że aż brakuje mi tchu. Przed chwilę jesteśmy jednym, dotykam jego skór, a zaraz znów on stoi przedemną, macha i szepcze.. Jednak ja go nie mogę usłyszeć. I kiedy tylko udaje mi się zrobić krok naprzód, on idzie krok do tyłu. Gdzieś koło mnie słyszę szyderczy śmiech, to zimny, nieprzyjemny wiatr tańczący we włosach tego elfa. I sekundę przed tym, jak się budzę nagle go poznaję. Otwieram oczy i nie mogę sobie przypomnieć imienia.. Tylko te oczy.

Patrzyłam na szare niebo nademną, z którego ktoś zdawał się wyssaś wszelki kolor. Było cicho, ale niespokojnie, powietrze zdawało się napinać z każdym ruchem. Drżałam lekko na całym ciele, bo był bardzo zimny ranek. Chociaż spałam całą noc oczy i tak mi się zamykały, a w żołądku czułam nieprzyjemne ssanie dające o sobie znać coraz to głośniejszym burczeniem. Krik poruszył się nerwowo we śnie godząc przy tym mnie swoim kościstym łokciem w żebra. Spojrzałam w stronę zaułka prowadzącą na ulicę próbując dojrzeć czy ludzie zaczęli już wstawać. Pierwsze co przuykuło mój wzrok to włóczęga leżący naprzeciwko mnie i Kirka. Oddychał ciężko przez sen, a w ręce trzymał gliniany garnek prawdopodobnie z resztkami alkoholu. Twarz miał czerwoną i mocno przebarwioną, a zarost dawno nie pielęgnowany przetkany był srebrnymi nitkami. Pochrapiwał lekko, jego duży brzuch falował rytmicznie. Widać było, że nie ma grosza-siedział brudny, w podartych ubraniach. Wrak człowieka.
Zaczęłam się zastanawiać, czy ludzie patrząc na mnie i Kirka śpiących tak po prostu na ulicy myślą podobnie..? Ogranęła mnie złość. Przecież przy biodrze miałam sakiewkę z dość dużą sumą złotych monet! Poderwałam się z nagle nową energią do życia i z pół przytomnym Kirkiem na ramieniu zaczęłam szukać nam jakiejś gospody.
Po kilku godzinach siedzieliśmy oboje na swoich nowych łóżkach, pachnących, białych i nowiutkich. Wzięliśmy po prysznicu, kupiliśmy trochę za duże ubrania od gospodyni i wyszliśmy na miasto próbując przyzwyczaić się do widoku tak wielu ludzi w jednym miejscu. Powoli chłonąłam każdy zapach i dźwięk, kupiliśmy na targu jakieś nęce przyprawy i kilka owoców, których nigdy wcześniej nie widziałam, ale sprzedawcy tak je zachwalali, że nie mogłam się oprzeć pokusie. Od kiedy gospodyni w naszym nowym „domu”, pani Opuola powiedziała, że możemy mieszkać w pokoju jej dorosłego już syna (który wyprowadził się z miasta w poszukiwanieu pieniędzy i sławy) jeżeli będę codziennie zmywała po gościach i sprzątała w pokojach pod wieczór czułam nową moc. Zapewniła nam także posiłki, a Kirkowi dawała codziennie małą sumkę na nasze drobne wydatki. Powoli przywykliśmy do miasta, uczyliśmy się nazw ulic i ich miejsca, życia.. A codziennie wieczorem, kiedy leżałam już w łóżku, a obok Kirk smacznie pochrapiwał malowałam w głowie trasę do kuźni, w której pracował Lahim. I wiedziałam, że któregoś słonecznego dnia zdobędę się na odwagę i pójdę tam.. Stawić czoło przeszłości.

Pobudka.

5 komentarzy

-Lahim.. -szepnęłam, a jego imię zadźwięczało powoli w moim umyśle. Niewiele się zmienił. Jego ciało było tak samo opalone, mięśnie wyraźnie widoczne teraz, kiedy nie miał na sobie żadnej bluzki. Tylko włosy mu trochę pojaśniały, z ciemnego blondu zrobiły się jasne niczym promienie słońca w ciepłe popołunie. Fryzurę też miał inną, niegdyś spadające fantazyjnie na skronie pasma teraz zastąpiła prosta, krótka fryzura, którą widziałam u wielu facetów w Fedarit.
Kiedy tak czas wydawał się stanąć, on patrzył w moje oczy, a ja w jego zauważyłam kobietę podchodzącą do niego w jasnej i przewiwnej szacie. Miała uważnie spięte, ciemne, brązowe loki i lekko różowe policzki niczym lalka. Duże, czerwone usta uśmiechały się z miłością do Lahima, a w dłoni trzymała napój dla niego. To była Arual.
Lahim odwrócił ode mnie wzrok i spojrzał ciepło na dziewczyę obok niego.. Chciałam krzyczeć. W sercu poczułam ukłucie, a w mózgu pustkę.
Jedyne co mi pozostało.. To była ucieczka. Złapałam za nadgarstek Kirka i omijając powozy przekraczające ulicę pobiegłam. Moje nogi zdawały się mieć wielkie ilości energii i uciekałam na oślep ciągnąc za sobą biednego Kirka. W końcu zatrzymałam się w jakimś kolejnym ciemny zaułku i usiadłam powoli na zimnym bruku.. Wszystko to było jak sen. Oddychałam szybko, trochę zmęczona biegiem, ucieczką od wszystkiego. Kirk nie odzywał się tylko usiadł koło mnie szepcząc coś do siebie cicho.. Uśmiechnęłam się. Był taki prosty i wesoły, pewnie dumał nad tym co ma powiedzieć i zrobić, by mnie nie urazić. Przysunęłam się do niego powoli i przytuliłam. Powoli zaczęło się ściemniać, a my siedzieliśmy tak wtuleni w siebie.. Zasnęliśmy.
Rankiem obudziło mnie ukłucie zimna. Nogi miałam obolałe, a jednej ręki nie czułam w ogóle. Życie i energia wydawały się po prsotu uciekać ze mnie, zostawiając samą z cieżkimi myślami i ponurą przyszłością.. Ale czego ja się spodziewałam? Że Lahim rzuci mi się na szyje..? Bedziemy żyli długo i szczęśliwie?.. Dziecięce marzenia o rycerzu na białym koniu.
Chcę się uwolnić od tego wszystkiego, jednak wiem, że przeszłość to bagaż, który muszę ze sobą mieć. Tyle juz popełniłam błędów, których nie chcę powtarzać. Pragnę jedynie miłości.. szczerej i wiecznej. Czy to za wiele na takie czasy?

Inny wiatr..

2 komentarzy

..przywiał z zachodu. Przyniósł zapach iglastego lasu, z którego przybyliśmy, kiedy razem z Kirkiem przekraczałam bramy Fedarit. Wraz z nim przywiało wspomnienia, gorzkie łzy i nieśmiały śmiech.. Zobaczyłam twarz Arual.. Potem jednak wszystko to się rozmyło i został tylko gwar ulicznego bazaru i ciepłe promienie słońce skaczące po wybrukowanej drodze. Poczułam nęcący zapach świeżej bułki, jej chrupiącą skórę, jeszcze ciepłą.. Głód dał o sobie znać ściskając natarczywie żołądek.
„Witamy w Fedarit”, zawołał Kirk tańcząc wesoło dookoła mnie. Jego oczy jaśniały radosnym blaskiem.. Był taki beztroski. Zdobyłam się na szeroki uśmiech i pewnym krokiem zaczęłam iść w kierunku pierwszej, leszej gospody. Przywitały mnie pijane spojrzenia, rozległo się parę gwizdów, ale głównie towarzyszyły mojemu wejściu ślepe spojrzenia mężczyzn (w większości), którzy wydawali się dumać nad swoimi troskami, myślami daleko w chmurach. Usiadłam przy barze i zamówiłam główne, a zarazem jedyne danie w menu tego lokalu, które nie było alkoholem-gulasz z wieprzowiny. Przeżuwaliśmy cicho zastanawiając się ile dni może mieć twadre mięso, które jemy i czy w ogóle jest ono z krowy. Dookoła kłębił się dym z papierosów, niczym szara ściana uniemożliwiając widok dalej niż dwa metry przed siebie. Po wyjściu z tego obskurnego baru i zaspokojeniu pierwszego głodu zapach petów długo jeszcze chodził za nami, kiedy błądziliśmy razem z Kirkiem wśród krętych uliczego starego miasta. Mijaliśmy bezdomnych w niewiele gorszych łachach od naszych własnych i chyba dlatego żadnemu z nich nie poskąpiłam kawałka bułki, którą kupiliśmy wspinając się po kolejnej, starannie wybrukowanej uliczce.
-W ten sposób nigdy nie znajdziemy Lahima, ani Arual. -powiedział w końcu Kirk, chociaż ja także dobrze o tym wiedziałam. Nie słyszałam w jego głosie żalu, ironii ani gniewu, jednak zabolała mnie prawda. Zapragnęłam, żeby ktoś mnie przytulił..
-Szukacie Lahima? MOJEGO Lahima..? -nagle usłyszałam. Zza zakrętu wyszedł na nas baryłkowaty człowiek z lekko siwymi, ale bardzo bujnymi wąsami i dziwną fryzurą. Rumiane policzki udekorowane były szczerym uśmiechem, a ubranie miał czyste i zadbane.
Spojrzałam na niego rozkojarzona.
-Wybaczcie, musicie być nie stąd. Jestem Girwal, ojciec Lahima. Tak dawno nie słyszałem od syna.. -jego oczy na chwilę wydawały się wyblaknąć, jakby patrzył w głąb pamięci przypominając sobie obraz własnego dziecka.- Ale parę tygodni temu usłyszałem pukanie do drzwi, otwieram.. A tu na progu nikt inny jak mój pierworodny!
Ja i Kirk spojrzeliśmy po sobie.
-Musicie być jego znajomymi, chodźcie, on jest teraz w domu, prowadzi razem ze mną kuźnię. -kontunuował tęgi jegomość nie zwarzając na nasze nieśmiałe miny, wyraźnie nie przeszkadzała mu nasza małomówność. Szybkim krokiem zaczął błądzić coraz to ruchliwszymi uliczkami, których sami nigdy byśmy nie znaleźli. W końcu stanęliśmy przed sporym budynkiem, który był zgrabnie zbudowany. Zadbany, ale prosty wydawał się wprawdziwym rodzinnym domem. Obok stało nieco niższe przydudowanie, na którym wisiała drewniana tabliczka: „Kuźnia Girwala”. Usłyszałam ciche stukanie młotków i syczenie. A wśrodku stał Lahim, lekko ubrudzony węglem i bardzo spocony.. Jego mięśnie pracowały ciężko, ale po wyrazie jego twarzy widziała, że lubi tę robotę. Uśmiechnął się, przetarł czoło i ponownie zaczął kuć, a ja weszłam do środka i stałam patrząc.
Wspomnienia o jego zapachu, twarzy, dotyku napłynęły ze wszystkich stron.
Stałam, patrzyłam, czułam, byłam wszystkim, nami i sobą razem i wtedy.. on się odwrócił. Nasze oczy się spotkały.. Po raz kolejny.

Śniło mi się, że szłam w nocy przez polanę. Było bardzo zimno, a ja szłam na bosaka i w bardzo cienkiej sukience lecz nie czułam chłodu. Otulała mnie kołdra chmur, które po chwili zabrały moje ciało wysoko.. Wzbiłam się i leciałam. Czułam jak wiatr gładzi mnie po policzku, a księżyc śpiewa pieśń o moim nocnym locie.
Obudziłam się lekka i pełna energii, a słońce, które dopiero leniwie wstawało wydawało się mrugać mi ma powitanie. Dzień zapowiadał się piękny..
Woda ze strumienia była orzeźwiająca, a śniadanie wspaniałe. Do Fedarit brakowało nam już jakiś dwóch godzin dzybkiego marszu, a że pogoda była cudowna odrazu wyruszyliśmy..
Kocham niebo. Każdą chmurę, która po nim szybuje i ptaka, który może dotknąć tych puchowych kołder. Jak mały jest nasz świat, a tam ja w porównaniu do ogromu nieba.. Ciągnie się ono przecież wszędzie, wygląda zawsze tak bajecznie.. Czym są oceany i morza, kiedy spojrzy się w ten nieprzenikniony błękit nad naszą głową..?
Człowiek nie ma skrzydeł i dlatego dane jest mu podziwianie nieba bez możliwości dotknięcia i odkrycia czym ono jest. Niebo.. Tak, to moje ulubione miejsce na Ziemi.

Wiatr pachnie polami i śmiechem, przynosi ze sobą nowiny z miasta.. Nieprzenikniony szum toczonych rozmów i ciche uliczki pogrążone jeszcze we śnie.. Czuję to wszystko w tym lekkim podmuchu. Kiedyś chciałam być jak wiatr, wszędzie i nigdzie zarazem, nieuchwytna, ale tak realistyczna. Jednak dzis wiem jak samotne życie prowadzi ten szumiący duch.. Błaka się po świecie szukają siebie, jednak nikt nie może go dogonić ani złapać więc tuła się już tyle tysięcy lat.. Smutne. Chciałabym go wyzwolić, bo wiem jak się czuje.. Szuka czegoś, ale sam nie wie co to jest. Ja też..

Kirk zrobił się weselszy. Ja też zaczynam się uśmiechać.. Czyżby ciemne chmury zostały pzegonione? Wierzę, że tak. Patrzę z uniesioną głową w przyszłość i idę. Wiem, że miałam szansę cieszyć się miłością.. Ale ona nic nie daje za darmo. Jednak potrzebuje jej tak jak każdy marzy o tym, że kiedyś spotka tą Drugą Połówke.. Wierzymy, że tam gdzieś jest ktoś, kto marzy o naszym uśmiechu i śni mu się ciepły szept naszych ust. Marzenia.. Tak bardz o potrzebuję ich do życia.


  • RSS